poranek
ciężką powiekę z żalem podnoszę
wpuszczając światło do umysłu
spowitego rozumu czarem snu
wspomnienia radości
miłości sennej mary
giną cień południa
rzeczywistości i znów
żyję bez snu
praca
uderzeniem długopisu w białą kartkę rozpoczynam torturę
za chwilę ryknie tysiąc głosów pytań
brzęczących much telefonów
kabli oplatających czas pajęczyny
wyrywając wolność i radość z serca
mojego
kropla krwi potu dzień każdy znaczy
by żyć
by żyć
czy nic więcej?
jadąc autobusem
w przemocy uczuć targanych w trzewiach społeczeństwa przyszło mi żyć
za chwilę wzrok tego mężczyzny prześlizgnie się po moich ciele
onanizującą zboczoną myślą, wstydem płonę, gdy wdziera mi się nią pod sukienkę
gwałcona jego spojrzeniem, jestem bezbronna
odgrodzona od niego zmęczonymi ciałami, nie mogę podejść i dać mu w twarz
przystanku nadziei wychodzę, oczyszczającym wiatrem odzyskać godność
zakupy robię
szybkości doznając uniesienia
adrenaliny smaku
wyciągam ręce
do góry
do dołu
na boki
do kasy pędzę
domowy czas
w milczeniu telewizor dzwoni reklamami
w sprzątaniu, praniu, prasowaniu i gotowaniu
w każdej chwili jestem matką, żoną i sprzątaczką
w wyroku nie doznając ulgi chwili pragnienia
w otchłani braku głębi zapominam kim jestem
a kim jestem? nie wiem, a byłam kobietą
snu oddając hołd
na chwilę zapomnienia radości uniesienia
tak drobną a wielką w mym sercu oczekiwania
splecione wszystkie plany i marzenia
w dół spływam i odnajduję je wszystkie
by zapomnieć nad ranem...
poranek
ciężką powiekę z żalem podnoszę
...
28 maja 2003